Podsumowanie: seriale 2025
Zrobiłam już szybkie podsumowanie przeczytanych książek. Dziś, po obejrzeniu ostatniego odcinka finałowego sezonu „Stranger Things”, chciałabym przyjrzeć się serialom 2025 roku. Nie oglądam wprawdzie tych seriali przesadnie wiele, lecz znalazłam kilka tytułów, które mnie w pełni usatysfakcjonowały. Zacznijmy więc od końca:
Stranger Things, sezon 5
Powiem szczerze – gdybym nie oglądała tego serialu z dzieckiem, ostatniego sezonu bym po prostu nie dokończyła. Początkowo historia czwórki przyjaciół, poznających tajemniczą Nastkę i walczących z demogorgonami, mind flayerami oraz innymi Vecnami, sprawiała mi olbrzymią frajdę. Czasem się nudziłam, jednak zawsze finał sezonu okazywał się efektowny i emocjonujący. Miałam swoje ulubione sceny, jak ta, gdy do Hawkins przyjeżdża Billy, wkraczając do szkoły w aurze powszechnego zdziwienia i dźwięków „Here I am”. O solówce „Master of puppets” nawet nie wspominam, bo scena ta podobała się nawet muzykom Metaliki.
Czego więc zabrakło? Podobne seriale trudno brać na serio, wytykać im błędy logiczne, ponieważ ich zadaniem jest rozrywka. I ja to w pełni akceptuję. Gorzej jednak się dzieje, kiedy podobne historie tracą wewnętrzną spójność. I taki moim zdaniem jest piąty sezon „Stranger Things”. Postacie zaczynają zachowywać się absurdalnie, biorąc pod uwagę ich wcześniejszy charakter i działania, a ewolucja ta nie jest w żaden sposób uzasadniona.
Najgorszym grzechem finałowego sezonu, szczególnie ostatnich odcinków, jest jednak całkowita obojętność, z jaką go oglądałam. Wynudziła mnie ta końcówka strasznie, a losy postaci stały mi się całkowicie obojętne. Zazdroszczę po trochu tym, którzy się dobrze bawili. Ja niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie.
Welcome to Derry, sezon 1
Ciężko porównywać pierwszy sezon „Welcome to Derry” do ostatniego sezonu „Stranger Things”. Nowy serial, dziejący się w świecie klauna Pennywise’a, okazał się jednak zaskakująco dobry, w dużej mierze za sprawą ciekawych kreacji młodych aktorów i świetnej roli Bill Skarsgårda. Nie jestem wprawdzie wielką fanką „To”, ale „Welcome to Derry” wypełniało pewne przestrzenie, które według mnie w filmie pozostały niezagospodarowane. Przede wszystkim podobało mi się, że mali bohaterowie nie byli osamotnieni w swojej walce, a dorosłe postacie nie prezentowały się jedynie niczym okrutne, pozbawione pomyślunku zombie.
Historia zła, które królowało w Derry, została opowiedziana ciekawie, nawet jeśli przy głębszym zastanowieniu można byłoby się do czegoś przyczepić. Przekonująco również zostało ukazane tło społeczne lat 60. ubiegłego wieku i konflikty, jakie rozgrywały się w tamtym zakątku Ameryki na tle rasowym.
Miałam oczywiście nie porównywać, ale na jedno porównanie sobie pozwolę: w odróżnieniu od ostatniego sezonu „Stranger Things” było tu bardzo dużo emocji, sporo wzruszeń, nieco humoru. Nie wiem, czy będę czekać na kolejne sezony, bo jestem pełna obaw co do jakości takich kontynuacji, ale pierwszy sezon wyszedł naprawdę bardzo zgrabnie i interesująco.
Andor, sezon 2
Dobry przykład na to, jak dobrze zacząć serial i jak zakończyć go bez nadmiernego przeciągania tematu. „Gwiezdne wojny” lubię, nawet bardzo lubię, ale żaden serial z tego świata nie pogłębił go tak jak „Andor”. Można mu oczywiście zarzucić, iż owego klimatu gwiezdnych wojen tu nie ma. Pełno tu natomiast przytłaczającej atmosfery wszechwładnego, zbiurokratyzowanego i bezdusznego imperium, które w zarodku tłamsi wszelki opór.
Uwielbiam postacie wykreowane przez Stellana Skarsgårda i Genevieve O'Reilly. Są przekonująco wielowymiarowe, ludzkie, targane wewnętrznymi konfliktami. Przyznam szczerze, że kiedy usłyszałam, że powstanie serial o jednym z bohaterów „Łotr 1”, zadawałam sobie pytanie, komu taka produkcja jest potrzebna. Teraz wiem, że potrzebna była.
Kulawe konie, wszystkie sezony
W tym roku wyszedł piąty sezon „Kulawych koni”, ale ja dopiero niedawno zaczęłam pierwszy. Skończyło się kolejnymi odcinkami pochłanianymi późno w nocy. I tak dobrnęłam do końca. Wciągnęłam go jednym tchem niczym mój pies swoje najlepsze smaczki. Tym samym dołączam do grona wielbicieli Gary’ego Oldmana, który w swojej roli pozostaje niezastąpiony.
Na szósty sezon tego serialu będę chyba oczekiwać z największą niecierpliwością. Ciężko bowiem znaleźć serial, w którym wszystkie elementy tak bardzo by mi pasowały, który łączy ciekawe kreacje aktorskie, wartkie tempo akcji, świetne dialogi. Owszem, z pewnością można znaleźć produkcje dobre, ale zawsze trochę czasu zajmuje wciągnięcie się w wykreowany świat na tyle mocno, żeby oglądania nie porzucić w trakcie.
Ted Lasso, wszystkie sezony
Dopiero teraz zaczęłam „Teda Lasso” oglądać i od razu przepadłam. Być może dlatego, że lubię sobie od czasu jakiś mecz piłki nożnej obejrzeć i, chociaż zdarza się to znacznie rzadziej niż kiedyś, opowieść o perypetiach sympatycznego trenera była najbardziej pozytywnym filmowym doświadczeniem tego roku.
Ted Lasso to świetna propozycja dla osób, chcących czuć się podniesionymi na duchu.
Ponadto
Pluribus – jestem w połowie pierwszego sezonu, ale już mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się bardzo podoba. Bardzo podoba mi się, że mogę odnajdywać tu tropy moich ulubionych powieści science fiction: „Rój Helstorma” Franka Herberta, „Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finney’a oraz powieści Johna Wyndhama: „Poczwarki” oraz „Kukułcze jaja z Midwich”. Rozumiem tych, którym serial nie przypadł do gustu, ponieważ akcja jest bardzo powolna, ale dla mnie nie stanowi to problemu.
Fallout – z nowym sezonem mam problem. Póki co pierwsze odcinki niezbyt mnie zachwycają i doznaję poczucia wtórności. Pewnie dam oczywiście serialowi szansę, ale jakie będą moje wrażenia pod koniec? Trudno powiedzieć. To będzie opowieść z tego roku.
Stranger Things, sezon 5
Powiem szczerze – gdybym nie oglądała tego serialu z dzieckiem, ostatniego sezonu bym po prostu nie dokończyła. Początkowo historia czwórki przyjaciół, poznających tajemniczą Nastkę i walczących z demogorgonami, mind flayerami oraz innymi Vecnami, sprawiała mi olbrzymią frajdę. Czasem się nudziłam, jednak zawsze finał sezonu okazywał się efektowny i emocjonujący. Miałam swoje ulubione sceny, jak ta, gdy do Hawkins przyjeżdża Billy, wkraczając do szkoły w aurze powszechnego zdziwienia i dźwięków „Here I am”. O solówce „Master of puppets” nawet nie wspominam, bo scena ta podobała się nawet muzykom Metaliki.
Czego więc zabrakło? Podobne seriale trudno brać na serio, wytykać im błędy logiczne, ponieważ ich zadaniem jest rozrywka. I ja to w pełni akceptuję. Gorzej jednak się dzieje, kiedy podobne historie tracą wewnętrzną spójność. I taki moim zdaniem jest piąty sezon „Stranger Things”. Postacie zaczynają zachowywać się absurdalnie, biorąc pod uwagę ich wcześniejszy charakter i działania, a ewolucja ta nie jest w żaden sposób uzasadniona.
Najgorszym grzechem finałowego sezonu, szczególnie ostatnich odcinków, jest jednak całkowita obojętność, z jaką go oglądałam. Wynudziła mnie ta końcówka strasznie, a losy postaci stały mi się całkowicie obojętne. Zazdroszczę po trochu tym, którzy się dobrze bawili. Ja niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie.
Welcome to Derry, sezon 1
Ciężko porównywać pierwszy sezon „Welcome to Derry” do ostatniego sezonu „Stranger Things”. Nowy serial, dziejący się w świecie klauna Pennywise’a, okazał się jednak zaskakująco dobry, w dużej mierze za sprawą ciekawych kreacji młodych aktorów i świetnej roli Bill Skarsgårda. Nie jestem wprawdzie wielką fanką „To”, ale „Welcome to Derry” wypełniało pewne przestrzenie, które według mnie w filmie pozostały niezagospodarowane. Przede wszystkim podobało mi się, że mali bohaterowie nie byli osamotnieni w swojej walce, a dorosłe postacie nie prezentowały się jedynie niczym okrutne, pozbawione pomyślunku zombie.
Historia zła, które królowało w Derry, została opowiedziana ciekawie, nawet jeśli przy głębszym zastanowieniu można byłoby się do czegoś przyczepić. Przekonująco również zostało ukazane tło społeczne lat 60. ubiegłego wieku i konflikty, jakie rozgrywały się w tamtym zakątku Ameryki na tle rasowym.
Miałam oczywiście nie porównywać, ale na jedno porównanie sobie pozwolę: w odróżnieniu od ostatniego sezonu „Stranger Things” było tu bardzo dużo emocji, sporo wzruszeń, nieco humoru. Nie wiem, czy będę czekać na kolejne sezony, bo jestem pełna obaw co do jakości takich kontynuacji, ale pierwszy sezon wyszedł naprawdę bardzo zgrabnie i interesująco.
Andor, sezon 2
Dobry przykład na to, jak dobrze zacząć serial i jak zakończyć go bez nadmiernego przeciągania tematu. „Gwiezdne wojny” lubię, nawet bardzo lubię, ale żaden serial z tego świata nie pogłębił go tak jak „Andor”. Można mu oczywiście zarzucić, iż owego klimatu gwiezdnych wojen tu nie ma. Pełno tu natomiast przytłaczającej atmosfery wszechwładnego, zbiurokratyzowanego i bezdusznego imperium, które w zarodku tłamsi wszelki opór.
Uwielbiam postacie wykreowane przez Stellana Skarsgårda i Genevieve O'Reilly. Są przekonująco wielowymiarowe, ludzkie, targane wewnętrznymi konfliktami. Przyznam szczerze, że kiedy usłyszałam, że powstanie serial o jednym z bohaterów „Łotr 1”, zadawałam sobie pytanie, komu taka produkcja jest potrzebna. Teraz wiem, że potrzebna była.
Kulawe konie, wszystkie sezony
W tym roku wyszedł piąty sezon „Kulawych koni”, ale ja dopiero niedawno zaczęłam pierwszy. Skończyło się kolejnymi odcinkami pochłanianymi późno w nocy. I tak dobrnęłam do końca. Wciągnęłam go jednym tchem niczym mój pies swoje najlepsze smaczki. Tym samym dołączam do grona wielbicieli Gary’ego Oldmana, który w swojej roli pozostaje niezastąpiony.
Na szósty sezon tego serialu będę chyba oczekiwać z największą niecierpliwością. Ciężko bowiem znaleźć serial, w którym wszystkie elementy tak bardzo by mi pasowały, który łączy ciekawe kreacje aktorskie, wartkie tempo akcji, świetne dialogi. Owszem, z pewnością można znaleźć produkcje dobre, ale zawsze trochę czasu zajmuje wciągnięcie się w wykreowany świat na tyle mocno, żeby oglądania nie porzucić w trakcie.
Ted Lasso, wszystkie sezony
Dopiero teraz zaczęłam „Teda Lasso” oglądać i od razu przepadłam. Być może dlatego, że lubię sobie od czasu jakiś mecz piłki nożnej obejrzeć i, chociaż zdarza się to znacznie rzadziej niż kiedyś, opowieść o perypetiach sympatycznego trenera była najbardziej pozytywnym filmowym doświadczeniem tego roku.
Ted Lasso to świetna propozycja dla osób, chcących czuć się podniesionymi na duchu.
Ponadto
Pluribus – jestem w połowie pierwszego sezonu, ale już mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się bardzo podoba. Bardzo podoba mi się, że mogę odnajdywać tu tropy moich ulubionych powieści science fiction: „Rój Helstorma” Franka Herberta, „Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finney’a oraz powieści Johna Wyndhama: „Poczwarki” oraz „Kukułcze jaja z Midwich”. Rozumiem tych, którym serial nie przypadł do gustu, ponieważ akcja jest bardzo powolna, ale dla mnie nie stanowi to problemu.
Fallout – z nowym sezonem mam problem. Póki co pierwsze odcinki niezbyt mnie zachwycają i doznaję poczucia wtórności. Pewnie dam oczywiście serialowi szansę, ale jakie będą moje wrażenia pod koniec? Trudno powiedzieć. To będzie opowieść z tego roku.



Komentarze
Prześlij komentarz